czwartek, 13 czerwca 2013

Rowerowa pogoda :)

W zeszłym tygodniu kupiłam rower. Po latach planowania, rozmyślań i dochodzeń do wniosku,
że mnie nie stać na to co bym chciała. Skończyło się na tym, że mam używaną damkę, za małe pieniądze, ale dla mnie to najpiękniejszy rower świata. A i jeździ się na nim całkiem nieźle ;)
Dziś odkryłam, że jadę na uczelnie 30 minut. Bulwarami wiślanymi, ścieżkami rowerowymi -  sama przyjemność.
Tramwajem dokładnie tyle samo...
Jak mogłam żyć bez roweru?
Nie będę traktowała go, jako opcji odchudzającej, ale i tak sądzę, że trochę ruchu więcej może mieć pozytywny wpływ zarówno na mój organizm jak i samopoczucie.

źródło


Zastanawiam się nad zakupem CZEGOŚ na torebkę. Biorę pod uwagę koszyk wiklinowy (metalowy psuje mi image ;) ). Myślałam również o sakwach, ale to chyba przesada biorąc pod uwagę moje małe potrzeby. Nie wiem też, czy zakup kasku, nie byłby dobrym pomysłem - może nic pięknego, ale mój przyjaciel miał kilka lat temu wypadek rowerowy, o którym ani ja ani on nie możemy zapomnieć. Muszę również poczytać co nieco na temat poruszania się po mieście na dwóch kołach - nie chciałabym dostać mandatu przez brak świadomości.

Tak czy siak - jest rower - jest radość!
A ja znów działam tak jak chcę i powinnam :)


środa, 12 czerwca 2013

Plażunia.

Niestety te 3 kg, które schudłam w maju już do mnie wróciły - nie mam wagi, ale jestem przekonana, ze tak się stało.
Biorę się za realizowanie moich chceń wszelakich z nową energią. Może nawinie, ale nadal wierzę w to, że się uda :)
Nie mam jeszcze żadnych konkretnych planów wakacyjnych - bardzo wiele zmieniło się w mojej wizji przyszłości w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy (był pomysł wyjazdu do USA). Jednak niezależnie od tego gdzie, zapewne będę miała okazję pokazać trochę ciała (czy cielska).
Znalazłam nawet pasujący do mojego obecnego wyglądu kostium kąpielowy:
 
źródło

Dziś realizując plan przekonania się do warzyw strączkowych (do niedawna nienawidziłam) zrobię pieczone kotlety z białej fasoli - jestem niesamowicie ciekawa, czy okażą się równie zjadliwe co sosy z soczewicą czerwoną.

wtorek, 11 czerwca 2013

Słodkości na smutkości.

Lubię kaszę jaglaną, bo smaczna, zdrowa i można kombinować na rozmaite sposoby.

Dziś na słodko, w porze obiadowej:
(zainspirował mnie wpis z http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com)


Składniki:
3 łyżki  kaszy jaglanej
2 łyżki otrębów owsianych
banan
starty imbir (kawałek ok. centymetr)
daktyle (aż 3, tyle mi zostało niestety)
garść orzechów włoskich
kilka kropel soku z cytryny
miód do smaku
szczypta soli

Kaszę przepłukać na sitku.
Gotować wraz z płatkami owsianymi przez ok. 15 minut w małej ilości wrzątku, ze szczyptą soli.
Dodać  imbir, pokrojone orzechy włoskie, daktyle i odstawić na ok. 10 minut (jeśli trafimy z ilością wody, to wszystko się wchłonie, a coś mi się obiło o uszy, że woda z gotowania kaszy i płatków jest całkiem zdrowa, ale nie wiem, czy to prawda).
Po tym jak papka nieco wystygnie dodać miód i sok z cytryny (co by nie zniszczyć zbyt wysoką temperaturą magicznych właściwości tych substancji) i banana.
Zjeść ze smakiem (wyszły mi dwie porcje, będzie na później ;) ).
Niby nic wielkiego patrząc na foto, ale bardzo lubię "kontrasty" w smaku i fakturze jedzenia: papkowatość kaszy, chrupkości orzechów, słodyczy miodu, banana i daktyli, lekko pikantny smak imbiru.

Pyszności!



(porzuciłam kryzys, który trwał już byt długo - to adekwatne stwierdzenie, przy odrobinie wysiłku mogłam się ogarnąć lekko z tydzień temu...)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Parafrazje.



Bywam niekompatybilna z rzeczywistością. A może raczej zachowując odpowiednie proporcje: bywa, że z nią w miarę współgram.
Z pełnym profesjonalizmem i zaangażowaniem rzucam sobie kłody pod nogi. Palę za sobą mosty, wskakując na level: expert  - równając z ziemią (rzeką?) również te przede mną.
Jako potwór bagienny  podskórnie uważam, że bagno stwarza najbardziej naturalne warunki
do funkcjonowania. Stąpają po niepewnym gruncie, grzęznąc w syfie po samą szyję, zabieram sobie fizyczną możliwości, aby w końcu twardo stanąć na ziemi.
Bywam ciasteczkowym potworem. Aż do porzygu. I nie ma w tym nic tęczowego.
Wmawiam sobie, że szukam spokoju, po to aby z jeszcze większym hukiem móc ropierdolić się
o kolejny weekendowy krawężnik. Dając sobie kolejny temat do biadolenia, jakie to ma  poobdzierane kolanka, poobijane nóżki, jaką ma ulotną pamięć, słabą i ciężką główkę.
Boleśnie słaba/silna wola – przerost ambicji nad możliwościami.
Zbyt duże możliwości, które nie pozwalają zapomnieć o ambicjach.
Niemoralnie optymistyczna? Naiwna.
Znajduję to czego szukam, po to, żeby tego nie chcieć.
Im więcej wiem, tym bardziej bezsensownie działam.
Uczę się sztuki życia.
Dwudziesty piąty rok.
Nie daję sobie zaliczenia w tej sesji.

 











(tytuł wypocin/wypociny/piosenka 
moje chcenia do/realizacji - nic do siebie nie pasuje, nic nie robię dobrze)

niedziela, 2 czerwca 2013

Roo Sou - leczniczy wywar.

Niestety dopadła mnie choroba, z którą muszę wygrać w trybie ekspresowym - nie mogę pozwolić sobie na ani jeden dzień wolnego w pracy.
Wyposażona w ciężką artylerię w postaci:
saszetki do rozpuszczenia z dawką 1000 mg paracetamolu, Esberitox (który podobno skraca czas chorowania nawet w przypadku klasycznego siedmiodniowego przeziębienia), czosnek, miód gryczany, litry rumianku i lipy postanowiłam iść na całość i zrobiłam ROSÓŁ.
Poczytałam co nieco na temat jego zdrowotnych właściwości i wiadomo, że nie zdziała cudów, ale niezbyt często mam na niego ochotę, więc powinnam skorzystać z okazji.
Dość klasycznie, a przy okazji dietetycznie:
filet z kuraka (bez skóry),
solidny zestaw włoszczyzny (uwielbiam gotowaną marchewkę)
przyprawy (dodatkowo czosnek)
natka pietruszki
Bez makaronu.

Wg danych znalezionych na ileważy.pl 200 ml ma tylko 49 kcal (wiadomo, wyliczanie wartości kalorycznej wywarów jest  mało wiarygodne, ale zostanę przy tym, że rosół gotowany na chudym mięsie nie jest tuczący).

Bardzo szybko nudzi mi się to co jem, więc dziś postanowiłam nieco zmodyfikować klasyczny rosołek, nadając mu orientalny smak:

Do miseczki rosołu dodałam:
- makaron How Mein Tao Tao (lubię za to, że nie trzeba gotować)
- pokrojoną marchewkę z rosołu
- kawałki kuraka również z rosołu
- wyciśnięty ząbek czosnku (naturalny antybiotyk)
- posiekana papryczka chilli (kawałeczek)
- natka pietruszki
- ciemny sos sojowy Kikkoman (jak do tej pory najlepszy jaki jadłam)
- odrobinę octu ryżowego
- w pierwszej wersji: mleczko kokosowe (skończyło się, buuuu).


Zmiany minimalne, efekt pyszny - słodko-kwaśno-pikantny smak.

Zainspirował mnie obejrzany odcinek programu Gordona Ramsaya podróżującego kulinarnie po Azji. Nieistotne, czy moja zupa ma cokolwiek wspólnego z oryginalnymi daniem, mnie bardzo smakuje.
Jutro sprawdzę wersję z makrelą (jak zawsze ugotowałam porcję dla sześcioosobowej rodziny z psem).

Nie wiem, czy to zasługa rosołu, Roo Sou, ton czosnku, czy 13 godzin snu, ale czuję się bez porównania lepiej!
Szkoda tylko, że odpuściłam siłkę i basen...



wtorek, 28 maja 2013

Tygodniówka.

Ostatnie siedem dni mogę potraktować jako próbę - niezbyt udaną.
Czego dotyczyła? Właściwie wszystkiego po trochu, najistotniejsze wnioski: 
w tym momencie mojego życia nie jestem gotowa na życie bez planowania.

1. Planowanie żarcia z dziennym wyprzedzeniem - bardzo naiwnie łudziłam się, że skoro wiem, co powinnam jeść, to będę się tego trzymała. Niestety kiepskie nawyki - słodycze i zdecydowanie za duże ilości szybciutko do mnie wróciły. Od dziś zawieram dłuuugi związek z potreningu.pl

2. Planowanie tygodnia - od kilku miesięcy wprowadziłam sobie zwyczaj wypisywania zadań do zrealizowania przez najbliższe siedem dni. Robię to najczęściej w niedzielę lub poniedziałek, od banalnych jak telefon do brata, czy zrobienie porządnego manicure, do ważniejszych związanych z pracą.
W ten sposób łatwiej mi wszystko ogarnąć i pamiętać. Poza tym, co tu kryć - uwielbiam skreślać to co już zrobiłam :)
Przez ostatni tydzień, który miałam niesamowicie zabiegany odpuściłam realizowanie planu. W efekcie bilans zrealizowanych zadań w ogóle mnie nie satysfakcjonuje.

3. Planowanie dni - ustalenie, które zadania przewiduję wykonać konkretnego dnia pozwalają mnie, dyslektykowi (mam niesamowity problem z poczuciem czasu) określić ile zajmą mi poszczególne zadania  i dlaczego nie jest realne zrobienie wszystkiego, co chciałabym zrobić ;)

4. Ustalanie priorytetów - przez ostanie siedem dni ciągle gdzieś biegam, a ważnych spraw - pisania pracy magisterskiej, oddania prac zaliczeniowych, uzupełnienia dokumentacji w pracy - nie ruszyłam.




Idealnie pasuje mi do tego nieco sparafrazowany cytat z ostatniego numeru "Coachingu":

Ruchy pozorne, 
które są tylko źródłem zmęczenia,
nigdy nie służą realizowaniu prawdziwego celu. 



Od dziś (29.05) moim głównym celem jest napisanie pracy magisterskiej.

5. I tu pojawia się kolejny wniosek: propozycje i możliwości, które zabierają mi czas na pisanie (czy jakiekolwiek ważne, a niekonieczne atrakcyjne zadanie ) nigdy się nie skończą. 
Moje plany (z których sądzę, że nie mogę zrezygnować - słowność, to moje tegoroczne wyzwanie):
środa - praca; kolacja pożegnalna dla współlokatora (którą  przygotowuję) + bilard; czwartek - spotkanie z dzieckiem moich znajomych, które ze względu na Zespół Aspergera potrzebuje terapii; spotkanie medytacyjne; grill z chłopakiem, z którym się spotykam; piątek - praca; siłownia; spotkanie ze znajomym, który rzadko bywa w Krakowie + wspólne gotowanie; sobota - impreza urodzinowa kolegi.
Oficjalnie rezygnuję z: bilarda i spotkania w piątek. Niewiele okroiłam, ale zawsze coś...

6. Bardzo krytycznie oceniam ludzi. Wiedziałam o tym od zawsze jednak po przeczytaniu książki LECZENIE UZALEŻNIONEJ OSOBOWOŚCI Jak uwolnić się od nałogowych zachowań i uzależniających relacji. Lee Jampolsky postanowiłam wrócić do kierunku pracy nad sobą, który kiedyś wiązał się z zainteresowaniem buddyzmem. Próba nieoceniania (choćby w myślach), niekrytykowania wszystkich i wszystkiego okazała się być zaskakująco trudna. Wiem, że nie jestem złym człowiekiem, naprawdę lubię ludzi i sądzę, że tak jestem postrzegana. 
Ciągłe ocenianie jest spowodowane tym, że w ten sposób stwarzam sobie poczucie bezpieczeństwa - jeśli znam cudze wady, to wiem jak stworzyć wygodną relację, w której nie będę się czuła zagrożona.
Pracuję nad sobą. I naprawdę wierzę, że podstawą jest świadomość problemu i szczera chęć wprowadzenia zmian :)

Może jeszcze coś pozytywnego:

1. Nie mam takiej złej kondycji - po dzisiejszych rolkach z kolegą, młodszym ode mnie o 5 lat (jaka ja jestem staaaaara...), który zipał i sapał czuję się nieco podbudowana ^^

2. Spodobała mi się siłownia :)

3. Moje pozytywne nastawienie ma naprawdę niesamowity wpływ na otaczających mnie ludzi, również tych z którymi pracuję, czyli 6, 7, 8 latki :) Starałam się ostatnio widzieć więcej pozytywów (odnosząc to do niebycia krytyczną, bo tak naprawdę, to jestem optymistką i czuję radość w sercu).  Pozytywna energia naprawdę działa - oddziałuje na ludzi i wraca :)

4. Po roku uczęszczania na psychoterapię i prawdopodobnym zakończeniu jej w ciągu najbliższych dwóch miesięcy nareszcie czuję, że jestem na to gotowa i poradzę sobie.

5. Mam mnóstwo energii, potrzebuję niewiele snu, chce mi się działać. Jeszcze tylko muszę to odpowiednio ukierunkować...

Mocne postanowienia poprawy:

Planować, ogarniać, być świadomą celów i priorytetów.
Być dobrą, dla siebie i innych.
Działać z sensem.

Bardziej konkretnie:
Zrezygnować z głupoty, którą zaczęłam robić: nigdy nie paliłam a od kilku miesięcy zaczęłam okazyjnie palić. STOP! Ani jednego macha!
Słodycze raz w tygodniu. PLANOWANE.

CEL NR 1 OBRONA W LIPCU
 

czwartek, 23 maja 2013

Pakernia ^^

Jestem już po wyczekiwanym treningu personalnym na siłowni.
Jestem niesamowicie zadowolona - spotkanie spełniło moje  oczekiwania, a nawet pozytywnie zaskoczyło :) Wiem już jak ćwiczyć na różnych przyrządach do tortur, niesamowicie przyjemny trener zaproponował mi program ćwiczeń, odpowiedział na moje najdziwniejsze pytania odnoszące się do diety i tego co zrobić, żeby te UDZISKA i ŁYDY zmienić w coś smuklejszego. Teraz wszystko zależy ode mnie - ale po takim spotkaniu czuję jeszcze większą mobilizację.
Największym zaskoczeniem było dla mnie najpierw to, że zamiast 60 minut siedział ze mną 80, jednak w prawdziwym  szoku byłam gdy miałam zapłacić (60 pln). W recepcji dowiaduję się, że mam nie płacić, tylko pokazać się za jakieś 2 tygodnie (w godzinach, gdy trener jest na siłce, czyli również bezpłatnie), ćwiczyć i nie jeść czekolady :) Baaaardzo miła niespodzianka.

Za zaoszczędzone pieniądze kupiłam dziś sportowy stanik. Niestety mój biust zmalał o jakiś rozmiar (z 70D, chlip chlip....) wszystko jest na mnie za duże i o ile na co dzień aż tak bardzo mi to nie przeszkadza, to jednak w trakcie ćwiczeń chciałabym zapewnić sobie komfort.
Zdecydowałam się na firmę Brubeck, top damski fit balance. Po przymiarkach wybrałam rozmiar M, w przymierzalni trudno mi było ocenić jak bardzo jest wygodny, szczególnie, że nigdy nie miałam do czynienia z bielizną tego typu. 
Zapłaciłam 55 pln, czyli niewiele. Jeszcze dziś sprawdzę jak będzie się spisywał na bieżni.




Weekend okazał się całkowita porażką - wchłonęłam w siebie zapas kcal na najbliższy tydzień. Niestety mogę stwierdzić, ze było to typowo kompulsywne jedzenie, nie dla przyjemności. Mam nadzieję, że uda mi się nad tym znów zapanować.

Od wtorku wróciłam  do dobrego jedzenia, ćwiczeń i czuję się z tym bez porównania lepiej.

czwartek, 16 maja 2013

XI

Cóż GRZESZNY dzień - gorąca czekolada (chyba pół na pół z mleczkiem skondensowanym), odrobiną wódki i chill - przepyszne. Obstawiam, że tak filiżaneczka rozkoszy miała ok. 350 kcal. Tarta Cytrynowa, nie mam pojęcia, chyba ok. 400 kcal. 750 kcal.
Nie ma sensu tego komentować - skutki to 2200.


Byłam na BUP i mam porównanie jeśli chodzi o prowadzącą - świetna dziewczyna, która mimo że miała pełną salę widziała, że jestem nowa i pokazywała mi wszystko co mi nie wychodziło.




środa, 15 maja 2013

X

Dzisiejsze zajęcia TBC nie do końca mi się podobały.
Miałam napisać elaborat o tym, jak czułam się ignorowana przez instruktorkę w trzyosobowej grupie. Jednak właściwie to moja koordynacja ruchowa była dziś jeszcze gorsza niż zwykle i nie wiem co tu mogła pomóc prowadząca? Standardowo gdy wszyscy podnoszą lewą rękę, ja podnoszę prawą. Dziś podnosiłam nogę. Porzucam negatywne uczucia - ważne, że się poruszałam :)
Jestem z siebie odrobinę dumna - zrezygnowałam z porannej rozpusty. Zamiast bezwartościowej muffinki wybrałam małą porcję owsianki. W przyszłym tygodniu sprawdzę jak na mnie działa poranny trening na czczo, z tego co czytałam jest to bardzo indywidualna kwestia.

Zrobiłam dziś czerwoną soczewicę - była pyszna! Gotowana przez 10 minut (udało mi się nie zrobić paćki) jako dodatek do filetu z kuraka pieczonego w foli z łyżką koncentratu pomidorowego, bazylią, oregano i łyżeczką oliwy z oliwek. Mięso wcześniej marynowałam przez godzinę w tej samej mieszance. Wyszło idealne. Od kiedy pilnuję, aby dać mu po pieczeniu wchłonąć wilgoć i nie odwijam z foli przez m.in. 10 minut jest bez porównania bardziej soczyste. Prosto, szybko, zdrowo. Powoli przekonuję się do warzyw strączkowych, których do niedawna niecierpiałam.

Weekend spędzam w domu rodziców, czuję lekki stres. Jadam całkiem inne rzeczy niż oni, mam nadzieję, że na moją prośbę zrobią zakupy pamiętając również o mnie. Nie uważam, że wybrzydzam, ale właściwie od 16 roku życia sama sobie gotuję i zdążyłam  się już do tego przyzwyczaić, nie jem wieprzowiny, która króluje u mnie w domu, białego pieczywa, rzadko kiedy jem ziemniaki. Poza tym moja mama gotuje rewelacyjnie, obawiam się, że nie będzie lekko wykazać się silną wolą.

Plany zwiążane z aktywnością na najbliższe dni:
Czwartek: BUP + 15 minut na rowerku + 15 minut siłowych na górną część ciała (nie znam się na tym, ale czuję, ze tego mi brakuje).
Piątek: BIEGANIE RANO! min. 25 minut ok. 3,5 km.
Sobota: Jaskinie!!! Taaaak! Coraz więcej osób ma fisia na punkcie wspinaczki, ja zdecydowanie bardziej wolę wchodzić pod ziemię. Pierwszy raz w tym sezonie, niestety. Nie wiem ile kcal można spalić, ale po zakwasach, które są następnego dnia, czuję każdy mięsień, który dziękuje za taki rodzaj wysiłku :)
Niedziela: odpoczynek :) Niestety mogę wrócić do Krakowa dopiero w sobotę, mój cotygodniowy basen przełożę na inny dzień.

Ruszyłam z pisaniem pracy magisterskiej, chociaż to i tak wszystko mało, późno i wolno...


wtorek, 14 maja 2013

IX

BUP spoko, chociaż miałam chęć na coś dającego więcej pozytywnej energii. Nie było lekko, ilośc powtórzeń dała po tyłku. Dosłownie. Zjedzone śniadanie nie do końca dobrze ułożyło się w żołądku, mimo że zjadłam i tak 2/3 małej porcji (resztę po) i sama nie wiem jak to jutro rano rozegrać (no dobra, wiem, chcę wciągnąć muffina, którego znów dostałam od mojej kumpeli - to nie jest Słodki Dzień, ale darowanym słodkościom, domowej roboty i w małych ilościach nie mam ochoty się oprzeć).


Zastanawiałam się ostatnio, czy nie warto zainwestować choćby w jednorazowy trening personalny. I  po dzisiejszym miotaniu się na siłowni, nie wiedząc do czego służy większość tego żelastwa (ostatecznie znów popedałowałam z 15 minut) mam już odpowiedź. Poza planem treningowym, liczę na konkretne informacje na temat tego co, kiedy jeść. Mam nadzieję, że spotkanie mnie nie rozczaruje, bo wiele się po nim spodziewam. 
Jutro o 8.30 TBC, mam nadzieję, że w tej grupie podołam układom - przy czym moja marna koordynacja ruchowa sprawia, że i tak wszystko potrafię zrobić odwrotnie.

Trochę dziwne - dopiero co zaczęłam cokolwiek robić w kwestii diety, zdrowia i poprawy kondycji, a już czuję się zdecydowanie lepiej, mam nawet wrażenie, że lepiej wyglądam. Chociaż właściwie, czy powinnam być zaskoczona? Tyle czasu MARZYŁAM o tym, żeby zająć się byciem fit, że teraz nawet jeśli jeszcze nic nie mogło się zmienić na lepsze w kwestii kilogramów, centymetrów i proporcji tłuszczu do tkanki mięśniowej, to sama satysfakcja z tego, że w końcu robię to, o czym tyle myślałam powoduje, że promienieję ;)








poniedziałek, 13 maja 2013

VIII

Nie biegałam - za mokro, a mnie gardło coraz bardziej boli - nie to, nie wymówka. Zarabiam mówieniem :)
Jutro o 8.00 BUP. Pierwszy raz. Może będzie nieco łatwiej niż na niedzielnym TBC, ale to jest w sumie mało istotne. Chcę takiej samej dawki pozytywnej energii!
Micha ok, chociaż dopiero teraz zaczynam rozumieć o co chodzi z tą kulturystyczną obsesją na punkcie białka. Absolutnie nie mam tak ambitnych planów, ale z logicznego punktu widzenia sądzę, że dobrze dla mnie jeśli będę spożywała je w proporcji 30% dziennego bilansu, w gramach 100-120. Trudno mi osiągnąć taką ilość, może wcale aż tyle nie potrzebuję?
Szukałam informacji na temat tego, co powinno się jeść przed/po treningiem jeśli jest się nastawionym na redukcję. I nadal nie wiem. Odrzucam bycie na czczo (może kiedyś spróbuję, ale nie jutro, biorąc pod uwagę, że ostatni posiłek zjadłam o 18.30. Planowałam jeszcze ok. 150 kcal o 20.30, ale mdliło mnie i absolutnie nie miałam ochoty na wrzucenie w siebie czegoś. Dziwne, że nic nie wyrzuciłam...).
Postawię na węglowodany złożone, trochę białka i cukru na pół godziny przed treningiem. 

Zamówiłam wagę kuchenną i nie mogę się doczekać, gdy sprawdzę na ile moje wyczucie (no dobra, brak wyczucia) i ciągłe zaglądanie na http://www.ilewazy.pl/ są skuteczne. Mam nadzieję, że szybko mi nie przejdzie przyjemność jaką czerpię z liczenia, mierzenia i planowania.

Mój blog wygląda jak typowy żarciowy wytwór przedwakacyjny - założenie było całkiem inne.
Jednak okazuje się, że stworzenie mającego sens poznawczy wpisu zajmuje więcej czasu niż sądziłam - tym bardziej doceniam wszystkie mądre rzeczy, które codziennie udaje mi się znaleźć w sieci :)

A Tarta Otrębowa na zimno okazała się równie pyszna!


niedziela, 12 maja 2013

Pierwsze starcie z TBC - fantastyczne, o ile przypadkowo nie trafi się na 90 minut zajęć w najbardziej zaawansowanej grupie. Nie chodzi tu nawet o sam wysiłek. Byłam może w połowie tak zmęczona jak reszta. O nie, nie mam tak super kondycji - nie potrafiłam wykonać zdecydowanej większości układów. Jednak nie czuję się zniechęcona - wręcz przeciwnie! Idę w tym tygodniu na zajęcia dla początkujących, świetne połączenie ćwiczeń cardio, wysiłkowych, nastawienie na całe ciało, a do tego muzyka, która pozwoliła mi wmówić sobie, że wcale wczoraj nie siedziałam w domu, gdy  Kraków juwenaliował :) Po TBC poszłam sprawdzić jak wygląda siłownia i przejechałam jakieś 7,5 km w 20 minut na leżącym rowerku - ze zmiennym obciążeniem, nawet się zmęczyłam. Mogłabym dłużej, ale uznałam, że nie mam już czasu. Ogólnie jestem z siebie zadowolona - będą zakwasy jutro :) Prawdopodobnie dopiero we wtorek pójdę na TBC, poniedziałek mam zapchany - chociaż jeśli nie będzie bardzo deszczowo to pobiegam (wiem, wiem, nie jestem z cukru, ale nie chcę obecnie sprawdzać odporności mojego organizmu).
Na obiad zrobiłam dziś Tartę Otrębową z przepisu znalezionego na Zdrowo i dietetycznie. Moja rzeczywistość. Rewelacja! Nie spodziewałam się, że będzie mi aż tak bardzo smakować, to był mój pierwszy raz z otrębowym spodem. Niestety byłam tak głodna, że zjadłam połowę zanim choćby pomyślałam o zrobieniu foty ;) Jednak ta niby-pizza z pewnością będzie nie raz gościła na moim stole, zaprezentuję moją nieco zmodyfikowaną wersję. Już nie mogę się doczekać jutrzejszego obiadu w pracy, tarta wydaje mi się być fajną alternatywą dla kanapek i moich "tortilli".
Miałam nie komentować moich postępów związanych z pisaniem pracy mgr, jednak nie ma co oszukiwać samej siebie. Nie zrobiłam prawie nic. Przepisałam parę stron, zaczęłam pojmować w jaki sposób mam opracować metodologię badań... Ale bez jaj - zmarnowałam weekend - jestem na siebie zła. Od jutra znów praca - uczelnia - praca, znów będę zarywała nocki (co nie znaczy, że NIE pisząc mgra chociaż się wyspałam..). Wstyd mi teraz, gdy pomyślę o tym, w jaki sposób spędziłam tyle cennych godzin...

Micha:
Dziś miałam Słodki Dzień, który miałam całkiem olać, jednak trzy kostki czekolady w szufladzie, które w ogóle nie interesowały mnie przez ostatni tydzień, nagle wydały się niezwykle kuszące. Nastepnym razem zdecyduję się na coś bardziej wyszukanego - choćby nawet czekoladę, ale o większej niż 30% zawartości miazgi kakaowej.
Do 20 spoko micha, nawet pomyślałam, że niepotrzebnie zjadłam ten zaplanowany kawałek kurczaka i 1 i 1/2 ziemniaka (to faktycznie nie było potrzebne). Później podczas spotkania ze znajomym posłodziłam herbatę, mimo że nigdy tego nie robię. Skubnęłam również kawałek bagietki z masłem czosnkowej z niesamowicie pyszną pastą z cieciorki. Sama muszę przygotować taką pyszność! Może w końcu przekonam się do warzyw strączkowych.
Od wczoraj zaczęłam ssać olej. Tak, dokładnie - ssać olej. Brzmi dziwacznie, jednak zainteresowała mnie opowieść koleżanki, która uważa, że jest to recepta niemalże na wszystkie dolegliwości, przy czym w jej rodzinie zaczęto stosować tę metodę, gdy polecił ją lekarz - czyli nie jest to jakieś totalne hokus-pokus. Szperając w internecie znalazłam podobne relacje osób, którym szczególnie na problemy z górnymi drogami oddechowymi lekarz zaproponował ssanie oleju. Przeczytałam sporo artykułów, wypowiedzi na forach, a że jestem zwolenniczką czerpania z tradycyjnych, czy jak w tym przypadku naturalnych (bo oficjalnie metoda nie jest stara) sposobów na dbanie o swoje zdrowie, postanowiłam, że spróbuję. Poczekamy, zobaczymy, a może akurat przestanę mieć ciągły katar i ból gardła przy byle okazji. I może od tego nie przytyję ;)

sobota, 11 maja 2013

VI.

Byłam dziś na basenie, 50 minut plumkania "żabką" (do żabki to było może trochę podobne). Wyjątkowo źle mi się pływało, porównując choćby do zeszłego tygodnia. Nie wiem, czy dlatego, że nie czuję się rewelacyjnie (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), czy może raczej to, że chciałam się dokształcić - przed wyjściem oglądałam filmik na yt pokazujący jak POPRAWNIE wygląda pływanie żabką. Efekt był taki, że próbowałam kontrolować każdy ruch, płynęłam wolno i nie miałam z tego zbyt wiele przyjemności. Przydałby się ktoś, kto na żywo pokazałaby mi kiedy ręce, kiedy nogi i jak zrobić, żeby mój big ass nie leciał na dół (tydzień temu nie ciągło go tak do dna...).

Nie jestem zadowolona z innych sfer mojego życia - wczoraj nawet nie ruszyłam  pracy mgr.
Niby dziś musiałam być w pracy, ale tylko do południa i po powrocie miałam cały dzień i napisałam, a właściwie spisałam, z dwie strony.
Czasu coraz mniej, tematu nie jest lekki. Biorę się do pracy, bo już mi się coś zaczyna tłuc
w głowie, że "jesień to taki fajny miesiąc!".
Przyznam, że czuję się lekko sfrustrowana, bo taka pogoda... w weekend poszłabym gdzieś potańczyć... Absolutnie nie twierdzę, że jestem tak zawalona obowiązkami - jest ich trochę, ale będąc szczerą, to zwyczajnie mi się nie chce i część rzeczy zajmuje mi przez to zdecydowanie za dużo czasu (rozmyślanie o tym, że mam pisać pracę, próba pisania, odciąganie swojej uwagi wszystkim co się da - to też męczy ;) a przy okazji nigdzie nie wyjdę, bo miałabym niesamowite wyrzuty sumienia.... żenada).

Magisterskie plany na weekend:
1. Poprawię pierwszy rozdział (na szczęście nie jest dużo).
2. Ogarnę przypisy - HARWARDZKIE miały być Panno W.!
3. Napiszę rozdział o analizie tekstu - trudniejsze niż sądziłam...
4. Przeanalizuję jeden tekst - jeszcze trudniejsze...
5. Wyślę do poniedziałku rano Promotorowi!

(6. przydałoby się dokończyć drugi rozdział - jeśli to zrobię - biorąc pod uwagę, która jest godzina i to, że mam jakieś plany na jutro - będę musiała się jakoś nagrodzić. I NIE BĘDZIE TO BIAŁA CZEKOLADA!)

Micha spoko.
Jutro o 10 TBC :D



piątek, 10 maja 2013

V dzień.

Dziś bez aktywności fizycznej, poza trasą prac-praca-dom. Od wczoraj mam fazę na Google Earth: Policzyłam sobie, że średnio chodząc do/z pracy pokonuję min. 3 km max 6 km - zdecydowanie mniej niż sądziłam. Muszę zważyć moją torbę z akcesoriami, obstawiam, że dźwigam dzień w dzień 3-3,5 kg - chociaż tu też mogę przesadzić (a może to mało? Nie mam wyczucia.).
Truchtając  do pracy, na uczelnię i w milion innych miejsc, spędzając sporo życia w autobusach, busach i tramwajach (szczerze kocham komunikację miejską w Krakowie) staram się nie marnować czasu. Nie zawsze mam warunki, czy nawet chęć, aby pogrążyć się w lekturze. Mimo że mam świadomość, że dla nie tak małej rzeszy płci brzydszej książka jest niemal erotycznym atrybutem ;)
Jestem zadeklarowaną miłośniczką audiooboków. Przesłuchałam sporo, nie wszystkie nagrania są dobre - przygotowując się do jednego z egzaminów na studiach już nie miałam siły czytać, słuchałam więc 'Potopu' - zasnęłam przy tym niezliczoną ilość razy. Od kilku miesięcy, walcząc z jednym z moich wielu kompleksów - szczątkową znajomością języka angielskiego - słucham sobie książek po angielsku. Polecam! Obecnie wczuwam się w klimat 'Salem Lot' Stephena Kinga - tak niepasujący do wiosennego-letniego klimatu, a i tak potrafi wciągnąć. Ostatnio przechodziłam fazę audiobooków o całkiem innej tematyce - szeroko pojętego rozwoju osobistego.
Warty uwagi jest audiobook (dostępny również w wersji książkowej) Bartka Popiela "Przestań odwlekać i zacznij działać". Może dla kogoś są tam same truizmy, jednak nie dla mnie - nawet jeśli coś tam wiem, to inaczej, gdy ktoś bardziej doświadczony to zwerbalizuje i do tego podsunie kilka praktycznych (nie wyidealizowanych i niemożliwych do wprowadzenia w życie) rozwiązań. Mnie słuchanie dało energetyzującego kopa! Przekaz jest odpowiednio bezpośredni, zero głaskania po główce w stylu amerykańskich poradników lub zbyt dużej wiary w hokus-pokus w stylu 'Sekretu' (ta książka wywołuje u mnie ambiwalentne uczucia, ale o tym kiedyś).
Bartka Popiela odbieram jako autentycznego, inteligentnego faceta, lubię jego styl formułowania myśli. On sam wzbudza we mnie wielką sympatię - podoba mi się jego zaangażowanie nie tylko w biznes.
(Blog Bartłomieja Popiela http://bartekpopiel.pl/)


A teraz przyziemności -  micha spoko,
plany z ruszeniem tyłka na weekend: sobota 50 minut basen, niedziela  pierwszy raz - TBC  (Total Body Condition), zobaczymy, czy dam radę i jak spisze się moje naderwane ścięgno mięśnia dwugłowego uda - szpanowanie robieniem szpagatu, bez rozgrzewki to jest to! ;)
(tak, w końcu zainwestowałam w karnet - nie ma odwrotu).





czwartek, 9 maja 2013

IV.

Mam za sobą dziwny dzień, zaczynający się od spojrzenia na budzik i wewnętrznego wrzasku: "Zaspałam!!!".
Niestety plany jedzeniowe zmieniły się dość mocno, absolutnie nie planowałam takiej ilości chleba - jednak mam problem z jedzeniem na mieście, niby kupiłam kefir, ale chciałam jeszcze COŚ do niego. Byłam  poza domem od 9 do 17, miałam ze sobą tylko jabłko (i muffinkę, którą dostałam od koleżanki, naprawdę nie mogłam odmówić ;) ), nie planowałam jeść na mieście (bo miałam być w domu o 15...).
I nie wiem co kupić w przeciętnym krakowskim sklepie, żeby poza domem zjeść zdrowo i dietetycznie?
Wracałam się dwa razy na uczelnie po zostawiony kalendarz - naprawdę, szkoda komentować mój dzisiejszy poziom skupienia. Mam również inną teorię - jak sobie przed chwilą uświadomiłam dziś byłam ostatni raz na zajęciach. Trochę dziwnie, kończę studia, a dopiero co zaczynałam... Niestety jestem zintegrowana z grupą na poziomie zero, ponieważ dopiero na 5 roku do nich trafiłam (różnorodne zawirowania, z roczną przerwą w studiowaniu włącznie). Każdy zajęty swoimi sprawami, pracą i nawet nie pojawił się pomysł wspólnego piwa, na które zresztą i tak nie miałabym dziś czasu.
Moje dzisiejsze zakręcenie w dużym stopniu wynika z niewyspania, ostatnio kładę się średnio o 3, wstaję o 8-9. Niby nie potrzebuję dużo snu, ale jednak nieco więcej. Czuję, że mam już trochę osłabiony organizm i boję się, że przyplącze się jakieś choróbsko, na które absolutnie nie mogę sobie teraz na to pozwolić.
Nie byłam dziś na fitnessie, idę jutro - nieodwołalnie.
Idę pobiegać: pierwszy raz w tym sezonie. W zeszłym roku zaczęłam od czasu do czasu truchtać. Mimo że nie mam się czym pochwalić, to jednak biorąc pod uwagę, że jeszcze dwa lata temu był to jeden z moich najbardziej znienawidzonych sportów (poza wszystkimi zespołowymi) i tak uważam, że moje okazyjne bieganie to i tak wielki postęp.
Na dziś nie mam planu - będę zadowolona nawet z 15 minut :)
Aktualizacja: zrobiłam 3,5 km, truchcikiem w 27 minut :)


środa, 8 maja 2013

7 żarciogrzechów

Jakie niezdrowe/wysokokaloryczne produkty są największym wrogiem mojej sylwetki?

Trudno byłoby mi odpowiedzieć bez zastanowienia się. Przecież zwykle jadam dość zdrowo: dużo warzyw, mało smażonego, nie przepadam za fast foodami, gotowymi daniami, praktycznie nie pijam gazowanych, słodkich syfów, nie lubię chipsów. Zapewne wyglądam zabawnie, gdy w sklepie czytam większość etykiet, przy czym istotniejsza niż ilość kcal jest dla mnie odpowiednio krótka lista produktów, brak niepotrzebnych E, glutaminianów sodu, fosforanów... Nie jadam jogurtów owocowych, musli i innych pseudo zdrowych produktów.
Jednak otłuszczenie mojego ciała jest niezaprzeczalnym faktem.
Oczywiście stan obecny jest wypadkową lat chudych i tłustych (z przewagą tych drugich):
Miałam w swoim życiu etapy, gdy jadłam kompulsywnie. Czasem w sytuacjach dużego napięcia psychicznego nadal mi się to zdarza (na szczęście  rzadko). Bywało i tak, że wymiotowałam, były to tylko epizody, które nie przerodziły się w większy problem. 
W 2010 roku w ciągu ok 6 miesięcy przytyłam jakieś 6 kg - ja nie jadłam, ja żarłam.
W zeszłym roku byłam na Dieta Kopenhaska - mając jakąś tam wiedzę o prawidłowym żywieniu, sposbach zdrowej redukcji popełniłam tę klasyczną głupotę. Sama teraz nie wiem co sobie myślałam. Nie miałam problemów z utrzymaniem diety - jeżeli mam bardzo jasno określone zasady, potrafię się ich trzymać. Wydawało mi się, że jestem mądrzejsza od krytykujących i straszących efektem jojo i uda mi się w racjonalny sposób wyjść z diety. Oczywiście nie udało się. W 13 dni schudłam jakieś 6 kg, później mniej więcej tyle przytyłam. Nieco zmieniły się moje upodobania żywieniowe, trochę na plus, bardziej na minus.
(O moich doświadczeniach z Dietą Kopenhaską jeszcze kiedyś napiszę).
Jednak maj 2012 roku miał duży wpływ na to, co obecnie jem lub chciałabym jeść.

Do 05. 2012. moim grzechami były:
-napoje energetyzujące (do 2011 w kosmicznych ilościach, codziennie...);
-majonez;
-"chińczyk" tłuste to, śmierdzi to, często smakuje tak, że nie wiem co dokładnie zamawiałam, a jakoś do niedawna nadal jadłabym z przyjemnością tak raz w tygodniu;
- ketchup - niby nic strasznego, ale z jego dodatkiem jadłam rzeczy, na które solo nie miałabym ochoty: frytki, tosty z serem, parówki. Właściwie te produkty były tylko nośnikiem dla ukochanego ketchupiku;
- placki ziemniaczane z cukrem - wiem, może dziwne, ale nadal szczerze uwielbiam;
- pierogi, pyzy z mięsem;
-spaghetti, lazania, pizza;
-ziemniaki z masłem, makaron z sosami -  węglowodany w naprawdę dużych ilościach;
- sosy, sosy, sosy - wszystko co się dało potrafiłam zalać.
- ciastka, batony w stylu kit kat - raczej nie czekolada i nie jakieś straszne ilości, ale dla mnie i tak za dużo.

Więcej nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć. Nie jadłam bardzo dużo słodyczy, rzadko kiedy smażyłam, panierowałam, jadłam tłusto (poza akcjami kompulsywnymi). Nie jadam wieprzowiny, więc jakieś kiełbasy i ogólnie tłuste mięsa też mnie nie dotyczą.
Moim największym problemem była i jest ilość. W moim rodzinnym domu jada się naprawdę bardzo dużo. I co ważne nie pochodzę z rodziny grubasów - to ja jestem relatywnie najgrubsza. Młodszy brat im więcej je, tym jest chudszy (zazdroszczę od zawsze), rodzice pracują częściowo fizycznie. Obiad z dwóch dań, z ziemniakami lub frytkami z majonezem, tłustym mięsem w ilości "kopa dla chłopa" o godzinie 21? Zero problemu :)
A ja? Cóż, jestem przyzwyczajona do dużych porcji, szczególnie jeśli chodzi o węglowodany. Raczej nie jadam bardzo późno, czyli po godzinie 20.30. Biorąc pod uwagę, ze najczęściej kładę się spać o 2 w nocy, wstaję o 8.30 to nawet jeśli się zdarzy się 21, to sądzę, że nie ma tragedii.

Dzięki Kopenhaskiej wyzbyłam się ketchupowego nałogu, w ogóle nie pijam napojów energetyzujących (teraz widzę jak moje ciało źle reaguje na te tony cukru), bardzo rzadko jadam mączne dania w stylu pyzy, nie sosuję wszystkiego.
Niestety pokochałam słodycze, do takiego stopnia, że w tym roku zdarzyło mi się kilkakrotnie na raz zjeść CAŁĄ  TABLICZKĘ czekolady, co wcześniej było dla mnie trudne do wyobrażenia.
Nie jadam już batonów, czuję chemiczny posmak, jednak w zamian polubiłam wszelkie ciasta.


Moje 7 żarciogrzechów:


1. SŁODYCZE
Hiszpan, biała czekolada, LODY!, serniki, ciastka francuskie... 

Słodkie, aż do obrzydzenia. Powodujące stan błogiego zacukrzenia... Chyba mogę powiedzieć o słodyczowym nałogu, z którym intensywnie walczę od jakiś 2 tygodni.  Nigdy nie uwierzyłabym, że będę miała problem z tym, żeby przez dwa dni nie zjeść nic słodkiego, jednak stało się...
Od hednonistycznej niedzieli nie zjadłam nic słodkiego, ale napchałam się wtedy tabliczką mlecznej czekolady i 3 gałkami lodów (tylko jedan to był sorbet...). Niby minęło tylko trzy dni, ale biorąc pod uwagę, że właśnie mam okres, który wzmaga we mnie potrzebę słodkości i fakt, że naprawdę uzależniłam się od słodyczy i tak uważam, że jest to jakiś tam sukcesik.
Ustaliłam sobie, że wychodząc ze słodyczowego nałogu pozwalam sobie na jeden słodki grzech raz na siedem dni. Nie wiem, czy to rozsądnie, ale pierwszy raz od jakiegoś pół roku przez TYYYLE ;) dni nie jadłam słodyczy. Nie liczę 2 łyżeczek cukry do kawy, którą pijam średnio raz na dwa dni. 

ZNALEZIONE NA:
http://www.kameccy.pl/wyroby,bankietowe
2. PLACKI ZIEMNIACZANE Z CUKREM
Oczywiście nie jadam ich codziennie, jednak uwielbiam. Z rozkoszą zajadałabym się nimi przynajmniej raz w tygodniu, jednak rozsądek sprawia, że dzieje się tak średnio raz, dwa w miesiącu. Smak dzieciństwa, najlepsze w wersji: koperek, cebula i cukier. Tak, wiem... dziwne...

3. ZACHCIANKI
Miewam napady w stylu CHCĘ WIELKIEGO, WOŁOWEGO BURGERA. NATYCHMIAST! Więc idę i jem. I nie mam tu na myśli McShita -  wydam 20 pln na pesto burgera i jeszcze pokręcę nosem, że za mocno wysmażony, a wrzucony mini plaster "mozzarelli", nawet nie leżała obok prawdziwej mozzarelli. Rzadko jadam fast foody, najwyżej raz na 1,5 miesiąca, jednak zachcianki dotyczą nie tylko ich. Grzanki z masłem orzechowym i dżemem wiśniowym? Naleśniki z serkiem mascarpone i sosem czekoladowym? Kurczak w panierce z płatków kukurydzianych? Mogłabym tak długo... Zachcianki nie mają nic wspólnego z głodem. Mam smaka i tyle. A że lubię kuchcikować, to z realizacją nie ma większego problemu...

4. ILOŚĆ
Jem za dużo. Zapewne nie są to jakieś przerażające ilości, jednak jak na moje potrzeby zwyczajnie za duże. Trudno poradzić sobie z takim nawykiem. Jem wolno, wg standardów mojej rodziny bardzo wolno, jednak i tak zdążę w tym czasie zjeść sporą porcję. Poza nawykiem przygotowywania/nakładania za dużej ilości i nienawiści do wyrzucania resztek (taaaa... trzeba dojeść...) oczywiście w grę wchodzą aspekty psychiczne: jem niejako na zapas, do pełna, żeby "poczuć", żeby poczuć się pełna. Pracuję nad tym, ale o tym kiedy indziej.

5. MAJONEZ

Tak, nadal lubię. Bazą sosu czosnkowego stał się jogurt, jednak raz na jakis czas (najczęściej przy okazji robienia imprezy) część słoika idzie do sałatek, część do mojego żołądka. Potrafię jeść kanapki: chleb + majonez.

6. JEDZENIE TOWARZYSKIE
Uwielbiam restauracje, kulinarne spotkania ze znajomymi i w ogóle gotowanie. Kiedyś wstydziłam się jeść przy kimś, teraz nie mam najmniejszych oporów. Przy okazji imprez, wyjazdów i spotkań pozwalam sobie na rzeczy, na które zwykle nawet nie mam ochoty. Dwa tygodnie temu zjadłam niewyobrażalną ilość przepysznych brushett i tartinek zrobionych przez kolegę, który jest kucharzem. Niby nic niesamowitego, ale na samą myśl o tym, z jakimi cudownościami były podane, zaczynam słyszeć burczenie w brzuchu.

7. HUŚTAWKI

Tak, tak, tak. Huśtam się - pięć dni "ultra zdrowego jedzenia" (czy częściej - głodzenia), warzyw na parze, kurczaków na parze, ryb na parze z jogurtami. Ilości kcal nie przekraczającej 1000 i kolejnych siedem z pizzą, białą czekoladą zjedzoną w łóżku o 22 i porcją spaghetti dla włoskiego drwala.

Podpunkt 7. jest jednym z powodów założenia bloga - chcę jeść świadomie. 

Nie skrajnie mało, jak to u mnie bywa, bo nie o to chodzi. 
Wierzę w to, że uda mi się ustabilizować mój jadłospis, dokładając do tego aktywność fizyczną i w efekcie móc cieszyć się nie tylko lepszą sylwetką, ale sprawnością i ogólnie lepszym samopoczuciem.





Podsumowanie na dziś:
Średnio aktywny dzień (muszę w końcu sprawdzić ile średnio dziennie chodzę, bo trochę truchtam z racji pracy w różnych miejscach).
Zero ćwiczeń. Jutro kupuję karnet open do klubu fitness - już się cieszę! 


























Jedzenie, jedzenie... a przecież moje chcenie skupia się nie tylko na nim - od jutra ruszam inne, istotne chcenia w moim życiu.
Teraz won, do pisania pracy magisterskiej!

wtorek, 7 maja 2013


Bilans dnia. Jak widać szału nie ma - za dużo węglowodanów. Aktywność dzienna średnia, bez żadnych zajęć fitnessowych.
Niestety wczoraj dowiedziałam się, że moje naderwane ścięgno, jeśli nie zregenerowało się przez ostatnie dwa miesiące, może być nieco bardziej uszkodzone i nie powinnam go nadwyrężać (nie jest to wytłumaczenie, ale jednak fakt).