Jakie niezdrowe/wysokokaloryczne produkty są największym wrogiem mojej sylwetki?
Trudno byłoby mi odpowiedzieć bez zastanowienia się. Przecież zwykle jadam dość zdrowo: dużo warzyw, mało smażonego, nie przepadam za fast foodami, gotowymi daniami, praktycznie nie pijam gazowanych, słodkich syfów, nie lubię chipsów. Zapewne wyglądam zabawnie, gdy w sklepie czytam większość etykiet, przy czym istotniejsza niż ilość kcal jest dla mnie odpowiednio krótka lista produktów, brak niepotrzebnych E, glutaminianów sodu, fosforanów... Nie jadam jogurtów owocowych, musli i innych pseudo zdrowych produktów.
Jednak otłuszczenie mojego ciała jest niezaprzeczalnym faktem.
Oczywiście stan obecny jest wypadkową lat chudych i tłustych (z przewagą tych drugich):
Miałam w swoim życiu etapy, gdy jadłam kompulsywnie. Czasem w sytuacjach dużego napięcia psychicznego nadal mi się to zdarza (na szczęście rzadko). Bywało i tak, że wymiotowałam, były to tylko epizody, które nie przerodziły się w większy problem.
W 2010 roku w ciągu ok 6 miesięcy przytyłam jakieś 6 kg - ja nie jadłam, ja żarłam.
W zeszłym roku byłam na Dieta Kopenhaska - mając jakąś tam wiedzę o prawidłowym żywieniu, sposbach zdrowej redukcji popełniłam tę klasyczną głupotę. Sama teraz nie wiem co sobie myślałam. Nie miałam problemów z utrzymaniem diety - jeżeli mam bardzo jasno określone zasady, potrafię się ich trzymać. Wydawało mi się, że jestem mądrzejsza od krytykujących i straszących efektem jojo i uda mi się w racjonalny sposób wyjść z diety. Oczywiście nie udało się. W 13 dni schudłam jakieś 6 kg, później mniej więcej tyle przytyłam. Nieco zmieniły się moje upodobania żywieniowe, trochę na plus, bardziej na minus.
(O moich doświadczeniach z Dietą Kopenhaską jeszcze kiedyś napiszę).
Jednak maj 2012 roku miał duży wpływ na to, co obecnie jem lub chciałabym jeść.
Do 05. 2012. moim grzechami były:
-napoje energetyzujące (do 2011 w kosmicznych ilościach, codziennie...);
-majonez;
-"chińczyk" tłuste to, śmierdzi to, często smakuje tak, że nie wiem co dokładnie zamawiałam, a jakoś do niedawna nadal jadłabym z przyjemnością tak raz w tygodniu;
- ketchup - niby nic strasznego, ale z jego dodatkiem jadłam rzeczy, na które solo nie miałabym ochoty: frytki, tosty z serem, parówki. Właściwie te produkty były tylko nośnikiem dla ukochanego ketchupiku;
- placki ziemniaczane z cukrem - wiem, może dziwne, ale nadal szczerze uwielbiam;
- pierogi, pyzy z mięsem;
-spaghetti, lazania, pizza;
-ziemniaki z masłem, makaron z sosami - węglowodany w naprawdę dużych ilościach;
- sosy, sosy, sosy - wszystko co się dało potrafiłam zalać.
- ciastka, batony w stylu kit kat - raczej nie czekolada i nie jakieś straszne ilości, ale dla mnie i tak za dużo.
Więcej nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć. Nie jadłam bardzo dużo słodyczy, rzadko kiedy smażyłam, panierowałam, jadłam tłusto (poza akcjami kompulsywnymi). Nie jadam wieprzowiny, więc jakieś kiełbasy i ogólnie tłuste mięsa też mnie nie dotyczą.
Moim największym problemem była i jest ilość. W moim rodzinnym domu jada się naprawdę bardzo dużo. I co ważne nie pochodzę z rodziny grubasów - to ja jestem relatywnie najgrubsza. Młodszy brat im więcej je, tym jest chudszy (zazdroszczę od zawsze), rodzice pracują częściowo fizycznie. Obiad z dwóch dań, z ziemniakami lub frytkami z majonezem, tłustym mięsem w ilości "kopa dla chłopa" o godzinie 21? Zero problemu :)
A ja? Cóż, jestem przyzwyczajona do dużych porcji, szczególnie jeśli chodzi o węglowodany. Raczej nie jadam bardzo późno, czyli po godzinie 20.30. Biorąc pod uwagę, ze najczęściej kładę się spać o 2 w nocy, wstaję o 8.30 to nawet jeśli się zdarzy się 21, to sądzę, że nie ma tragedii.
Dzięki Kopenhaskiej wyzbyłam się ketchupowego nałogu, w ogóle nie pijam napojów energetyzujących (teraz widzę jak moje ciało źle reaguje na te tony cukru), bardzo rzadko jadam mączne dania w stylu pyzy, nie sosuję wszystkiego.
Niestety pokochałam słodycze, do takiego stopnia, że w tym roku zdarzyło mi się kilkakrotnie na raz zjeść CAŁĄ TABLICZKĘ czekolady, co wcześniej było dla mnie trudne do wyobrażenia.
Nie jadam już batonów, czuję chemiczny posmak, jednak w zamian polubiłam wszelkie ciasta.
Moje 7 żarciogrzechów:
1. SŁODYCZE
Hiszpan, biała czekolada, LODY!, serniki, ciastka francuskie...

Słodkie, aż do obrzydzenia. Powodujące stan błogiego zacukrzenia... Chyba mogę powiedzieć o słodyczowym nałogu, z którym intensywnie walczę od jakiś 2 tygodni. Nigdy nie uwierzyłabym, że będę miała problem z tym, żeby przez dwa dni nie zjeść nic słodkiego, jednak stało się...
Od hednonistycznej niedzieli nie zjadłam nic słodkiego, ale napchałam się wtedy tabliczką mlecznej czekolady i 3 gałkami lodów (tylko jedan to był sorbet...). Niby minęło tylko trzy dni, ale biorąc pod uwagę, że właśnie mam okres, który wzmaga we mnie potrzebę słodkości i fakt, że naprawdę uzależniłam się od słodyczy i tak uważam, że jest to jakiś tam sukcesik.
Ustaliłam sobie, że wychodząc ze słodyczowego nałogu pozwalam sobie na jeden słodki grzech raz na siedem dni. Nie wiem, czy to rozsądnie, ale pierwszy raz od jakiegoś pół roku przez TYYYLE ;) dni nie jadłam słodyczy. Nie liczę 2 łyżeczek cukry do kawy, którą pijam średnio raz na dwa dni.
ZNALEZIONE NA:
http://www.kameccy.pl/wyroby,bankietowe
2. PLACKI ZIEMNIACZANE Z CUKREM
Oczywiście nie jadam ich codziennie, jednak uwielbiam. Z rozkoszą zajadałabym się nimi przynajmniej raz w tygodniu, jednak rozsądek sprawia, że dzieje się tak średnio raz, dwa w miesiącu. Smak dzieciństwa, najlepsze w wersji: koperek, cebula i cukier. Tak, wiem... dziwne...
3. ZACHCIANKI
Miewam napady w stylu
CHCĘ WIELKIEGO, WOŁOWEGO BURGERA. NATYCHMIAST! Więc idę i jem. I nie mam tu na myśli McShita - wydam 20 pln na pesto burgera i jeszcze pokręcę nosem, że za mocno wysmażony, a wrzucony mini plaster "mozzarelli", nawet nie leżała obok prawdziwej mozzarelli. Rzadko jadam fast foody, najwyżej raz na 1,5 miesiąca, jednak zachcianki dotyczą nie tylko ich. Grzanki z masłem orzechowym i dżemem wiśniowym? Naleśniki z serkiem mascarpone i sosem czekoladowym? Kurczak w panierce z płatków kukurydzianych? Mogłabym tak długo... Zachcianki nie mają nic wspólnego z głodem. Mam smaka i tyle. A że lubię kuchcikować, to z realizacją nie ma większego problemu...
4. ILOŚĆ
Jem za dużo. Zapewne nie są to jakieś przerażające ilości, jednak jak na moje potrzeby zwyczajnie za duże. Trudno poradzić sobie z takim nawykiem. Jem wolno, wg standardów mojej rodziny bardzo wolno, jednak i tak zdążę w tym czasie zjeść sporą porcję. Poza nawykiem przygotowywania/nakładania za dużej ilości i nienawiści do wyrzucania resztek (taaaa... trzeba dojeść...) oczywiście w grę wchodzą aspekty psychiczne: jem niejako na zapas, do pełna, żeby "poczuć", żeby poczuć się pełna. Pracuję nad tym, ale o tym kiedy indziej.
5. MAJONEZ
Tak, nadal lubię. Bazą sosu czosnkowego stał się jogurt, jednak raz na jakis czas (najczęściej przy okazji robienia imprezy) część słoika idzie do sałatek, część do mojego żołądka. Potrafię jeść kanapki: chleb + majonez.
6. JEDZENIE TOWARZYSKIE
Uwielbiam restauracje, kulinarne spotkania ze znajomymi i w ogóle gotowanie. Kiedyś wstydziłam się jeść przy kimś, teraz nie mam najmniejszych oporów. Przy okazji imprez, wyjazdów i spotkań pozwalam sobie na rzeczy, na które zwykle nawet nie mam ochoty. Dwa tygodnie temu zjadłam niewyobrażalną ilość przepysznych
brushett i tartinek zrobionych przez kolegę, który jest kucharzem. Niby nic niesamowitego, ale na samą myśl o tym, z jakimi cudownościami były podane, zaczynam słyszeć burczenie w brzuchu.
7. HUŚTAWKI
Tak, tak, tak. Huśtam się - pięć dni "ultra zdrowego jedzenia" (czy częściej - głodzenia), warzyw na parze, kurczaków na parze, ryb na parze z jogurtami. Ilości kcal nie przekraczającej 1000 i kolejnych siedem z pizzą, białą czekoladą zjedzoną w łóżku o 22 i porcją spaghetti dla włoskiego drwala.
Podpunkt 7. jest jednym z powodów założenia bloga - chcę jeść świadomie.
Nie skrajnie mało, jak to u mnie bywa, bo nie o to chodzi.
Wierzę w to, że uda mi się ustabilizować mój jadłospis, dokładając do tego aktywność fizyczną i w efekcie móc cieszyć się nie tylko lepszą sylwetką, ale sprawnością i ogólnie lepszym samopoczuciem.
Podsumowanie na dziś:
Średnio aktywny dzień (muszę w końcu sprawdzić ile średnio dziennie chodzę, bo trochę truchtam z racji pracy w różnych miejscach).
Zero ćwiczeń. Jutro kupuję karnet open do klubu fitness - już się cieszę!
Jedzenie, jedzenie... a przecież moje chcenie skupia się nie tylko na nim - od jutra ruszam inne, istotne chcenia w moim życiu.
Teraz won, do pisania pracy magisterskiej!