czwartek, 13 czerwca 2013

Rowerowa pogoda :)

W zeszłym tygodniu kupiłam rower. Po latach planowania, rozmyślań i dochodzeń do wniosku,
że mnie nie stać na to co bym chciała. Skończyło się na tym, że mam używaną damkę, za małe pieniądze, ale dla mnie to najpiękniejszy rower świata. A i jeździ się na nim całkiem nieźle ;)
Dziś odkryłam, że jadę na uczelnie 30 minut. Bulwarami wiślanymi, ścieżkami rowerowymi -  sama przyjemność.
Tramwajem dokładnie tyle samo...
Jak mogłam żyć bez roweru?
Nie będę traktowała go, jako opcji odchudzającej, ale i tak sądzę, że trochę ruchu więcej może mieć pozytywny wpływ zarówno na mój organizm jak i samopoczucie.

źródło


Zastanawiam się nad zakupem CZEGOŚ na torebkę. Biorę pod uwagę koszyk wiklinowy (metalowy psuje mi image ;) ). Myślałam również o sakwach, ale to chyba przesada biorąc pod uwagę moje małe potrzeby. Nie wiem też, czy zakup kasku, nie byłby dobrym pomysłem - może nic pięknego, ale mój przyjaciel miał kilka lat temu wypadek rowerowy, o którym ani ja ani on nie możemy zapomnieć. Muszę również poczytać co nieco na temat poruszania się po mieście na dwóch kołach - nie chciałabym dostać mandatu przez brak świadomości.

Tak czy siak - jest rower - jest radość!
A ja znów działam tak jak chcę i powinnam :)


środa, 12 czerwca 2013

Plażunia.

Niestety te 3 kg, które schudłam w maju już do mnie wróciły - nie mam wagi, ale jestem przekonana, ze tak się stało.
Biorę się za realizowanie moich chceń wszelakich z nową energią. Może nawinie, ale nadal wierzę w to, że się uda :)
Nie mam jeszcze żadnych konkretnych planów wakacyjnych - bardzo wiele zmieniło się w mojej wizji przyszłości w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy (był pomysł wyjazdu do USA). Jednak niezależnie od tego gdzie, zapewne będę miała okazję pokazać trochę ciała (czy cielska).
Znalazłam nawet pasujący do mojego obecnego wyglądu kostium kąpielowy:
 
źródło

Dziś realizując plan przekonania się do warzyw strączkowych (do niedawna nienawidziłam) zrobię pieczone kotlety z białej fasoli - jestem niesamowicie ciekawa, czy okażą się równie zjadliwe co sosy z soczewicą czerwoną.

wtorek, 11 czerwca 2013

Słodkości na smutkości.

Lubię kaszę jaglaną, bo smaczna, zdrowa i można kombinować na rozmaite sposoby.

Dziś na słodko, w porze obiadowej:
(zainspirował mnie wpis z http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com)


Składniki:
3 łyżki  kaszy jaglanej
2 łyżki otrębów owsianych
banan
starty imbir (kawałek ok. centymetr)
daktyle (aż 3, tyle mi zostało niestety)
garść orzechów włoskich
kilka kropel soku z cytryny
miód do smaku
szczypta soli

Kaszę przepłukać na sitku.
Gotować wraz z płatkami owsianymi przez ok. 15 minut w małej ilości wrzątku, ze szczyptą soli.
Dodać  imbir, pokrojone orzechy włoskie, daktyle i odstawić na ok. 10 minut (jeśli trafimy z ilością wody, to wszystko się wchłonie, a coś mi się obiło o uszy, że woda z gotowania kaszy i płatków jest całkiem zdrowa, ale nie wiem, czy to prawda).
Po tym jak papka nieco wystygnie dodać miód i sok z cytryny (co by nie zniszczyć zbyt wysoką temperaturą magicznych właściwości tych substancji) i banana.
Zjeść ze smakiem (wyszły mi dwie porcje, będzie na później ;) ).
Niby nic wielkiego patrząc na foto, ale bardzo lubię "kontrasty" w smaku i fakturze jedzenia: papkowatość kaszy, chrupkości orzechów, słodyczy miodu, banana i daktyli, lekko pikantny smak imbiru.

Pyszności!



(porzuciłam kryzys, który trwał już byt długo - to adekwatne stwierdzenie, przy odrobinie wysiłku mogłam się ogarnąć lekko z tydzień temu...)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Parafrazje.



Bywam niekompatybilna z rzeczywistością. A może raczej zachowując odpowiednie proporcje: bywa, że z nią w miarę współgram.
Z pełnym profesjonalizmem i zaangażowaniem rzucam sobie kłody pod nogi. Palę za sobą mosty, wskakując na level: expert  - równając z ziemią (rzeką?) również te przede mną.
Jako potwór bagienny  podskórnie uważam, że bagno stwarza najbardziej naturalne warunki
do funkcjonowania. Stąpają po niepewnym gruncie, grzęznąc w syfie po samą szyję, zabieram sobie fizyczną możliwości, aby w końcu twardo stanąć na ziemi.
Bywam ciasteczkowym potworem. Aż do porzygu. I nie ma w tym nic tęczowego.
Wmawiam sobie, że szukam spokoju, po to aby z jeszcze większym hukiem móc ropierdolić się
o kolejny weekendowy krawężnik. Dając sobie kolejny temat do biadolenia, jakie to ma  poobdzierane kolanka, poobijane nóżki, jaką ma ulotną pamięć, słabą i ciężką główkę.
Boleśnie słaba/silna wola – przerost ambicji nad możliwościami.
Zbyt duże możliwości, które nie pozwalają zapomnieć o ambicjach.
Niemoralnie optymistyczna? Naiwna.
Znajduję to czego szukam, po to, żeby tego nie chcieć.
Im więcej wiem, tym bardziej bezsensownie działam.
Uczę się sztuki życia.
Dwudziesty piąty rok.
Nie daję sobie zaliczenia w tej sesji.

 











(tytuł wypocin/wypociny/piosenka 
moje chcenia do/realizacji - nic do siebie nie pasuje, nic nie robię dobrze)

niedziela, 2 czerwca 2013

Roo Sou - leczniczy wywar.

Niestety dopadła mnie choroba, z którą muszę wygrać w trybie ekspresowym - nie mogę pozwolić sobie na ani jeden dzień wolnego w pracy.
Wyposażona w ciężką artylerię w postaci:
saszetki do rozpuszczenia z dawką 1000 mg paracetamolu, Esberitox (który podobno skraca czas chorowania nawet w przypadku klasycznego siedmiodniowego przeziębienia), czosnek, miód gryczany, litry rumianku i lipy postanowiłam iść na całość i zrobiłam ROSÓŁ.
Poczytałam co nieco na temat jego zdrowotnych właściwości i wiadomo, że nie zdziała cudów, ale niezbyt często mam na niego ochotę, więc powinnam skorzystać z okazji.
Dość klasycznie, a przy okazji dietetycznie:
filet z kuraka (bez skóry),
solidny zestaw włoszczyzny (uwielbiam gotowaną marchewkę)
przyprawy (dodatkowo czosnek)
natka pietruszki
Bez makaronu.

Wg danych znalezionych na ileważy.pl 200 ml ma tylko 49 kcal (wiadomo, wyliczanie wartości kalorycznej wywarów jest  mało wiarygodne, ale zostanę przy tym, że rosół gotowany na chudym mięsie nie jest tuczący).

Bardzo szybko nudzi mi się to co jem, więc dziś postanowiłam nieco zmodyfikować klasyczny rosołek, nadając mu orientalny smak:

Do miseczki rosołu dodałam:
- makaron How Mein Tao Tao (lubię za to, że nie trzeba gotować)
- pokrojoną marchewkę z rosołu
- kawałki kuraka również z rosołu
- wyciśnięty ząbek czosnku (naturalny antybiotyk)
- posiekana papryczka chilli (kawałeczek)
- natka pietruszki
- ciemny sos sojowy Kikkoman (jak do tej pory najlepszy jaki jadłam)
- odrobinę octu ryżowego
- w pierwszej wersji: mleczko kokosowe (skończyło się, buuuu).


Zmiany minimalne, efekt pyszny - słodko-kwaśno-pikantny smak.

Zainspirował mnie obejrzany odcinek programu Gordona Ramsaya podróżującego kulinarnie po Azji. Nieistotne, czy moja zupa ma cokolwiek wspólnego z oryginalnymi daniem, mnie bardzo smakuje.
Jutro sprawdzę wersję z makrelą (jak zawsze ugotowałam porcję dla sześcioosobowej rodziny z psem).

Nie wiem, czy to zasługa rosołu, Roo Sou, ton czosnku, czy 13 godzin snu, ale czuję się bez porównania lepiej!
Szkoda tylko, że odpuściłam siłkę i basen...